Rzeź niewinnych drzew

„Czymże jest wolność? Jest to pewna właściwość człowieka, właściwość natury ludzkiej, polegająca na zdolności do świadomego wybierania. Warto zwrócić uwagę na naturalny a nie zadekretowany charakter tej właściwości. Człowiek może wybierać nie dlatego, że jakaś władza przyznała mu taką możliwość, tylko dlatego, że możliwość ta stanowi immanentną cechę jego natury. Właściwość ta jest zatem również niezbywalna, co oznacza, że nikt nie jest w stanie pozbawić człowieka tej zdolności. Wolność jest więc pierwotna względem wszelkiej władzy, również państwa”, pisał Stanisław Michalkiewicz w książce „Dobry „zły” liberalizm”. Obecnie jesteśmy świadkami ataku na wolność, która jest zakamuflowana pod pojęciem „rzezi niewinnych drzew”. Zgodnie z logiką, każdy człowiek gospodaruje swoją własnością z korzyścią dla siebie, chyba że postanowi inaczej. Ograniczając indywidualną wolność jednostki, wszelkiej maści postępowcy zawsze zasłaniają się „większym dobrem, które będzie służyć większości”. Wolność do zagospodarowania własnego ogrodu, jest obecnie atakowana argumentem, że „większości zabraknie tlenu”. Bardzo często ten argument podnoszą ludzie, którzy w życiu nie posadzili żadnego drzewa, bo w zasadzie nie mają gdzie. A że nie mają gdzie, a lubią drzewa, to nie chcą żeby inni wycinali. Aby uspokoić ową „większość”, powiem tylko, że w Polsce mamy ok 9,2 mln ha lasu (lasy państwowe to 7,6 mln ha). Dodatkowo, wiele gruntów które w ewidencji figurują jako grunty rolne, są porośnięte drzewami. Jeden hektar lasu zaspokaja potrzeby tlenowe dla ok 45 osób.

Ps.1. W 1945 roku lesistość (stosunek powierzchni lasów, do ogólnej powierzchni kraju) Polski wynosiła 20,8%, obecnie wynosi 29,5%. Przytaczam te dane jako argument przeciwko stwierdzeniu że „leśnicy dewastują las i prowadzą rabunkową gospodarkę leśną, oraz że za chwilę wytną wszystko”.

Ps.2. Na zdjęciu widać „klejnot przyrodniczy Polski”, czyli Puszczę Białowieską. Została ona zaatakowana przez gradację (masowy pojaw zagrażający trwałości lasu) kornika drukarza. Jedyną znaną metodą walki z gradacją tego gatunku, to usuwanie zasiedlonych drzew. Jednakże lobby „organizacji ekologicznych” przeciwstawia się tej metodzie w myśl dogmatu, że „przyroda poradzi sobie sama”. Owe „radzenie” sprowadziło się do tego, że obecnie zaatakowanych jest ok. pół miliona drzew. Te martwe drzewa TLENU nie produkują.

[P.G.]

kornik

PAWEŁ KOMBORSKI – KAPŁAN NIEZŁOMNY

Przy okazji świętowania kolejnej rocznicy Narodowego Dnia Żołnierzy Wyklętych warto wspomnieć o postaci bardzo związanej z terenem powiatu brzozowskiego, a która pomimo, iż nie zapłaciła najwyższej ceny za walkę o suwerenność Państwa Polskiego w najciemniejszych latach komunizmu, niewątpliwie wpisała się w karty historii podziemia antykomunistycznego. Tą osobą jest śp. ksiądz Paweł Komborski (1913 – 1998) wieloletni proboszcz parafii w Przysietnicy.

komborskiUrodził się 11 stycznia 1913 r.  w Posadzie Górnej k. Sanoka w rodzinie rolnika. Ojciec zginął w 1915 podczas I wojny światowej służąc w szeregach Armii Austro-Węgier w Serbii. Paweł Komborski wraz z matką i siostrą przeniósł się do Rymanowa, gdzie uczęszczał do szkoły powszechnej, a następnie 27 lutego 1934 r. zdał egzamin dojrzałości w Państwowym Gimnazjum im. Królowej Zofii w Sanoku. W jego klasie byli m.in. Mieczysław Granatowski, Franciszek Malik i Zbigniew Wyskiel – wszyscy również późniejsi żołnierze Wojska Polskiego, w tym dwaj ostatni zamordowani w  Katyniu.

Przez dwa lata po ukończeniu szkoły pełnił służbę wojskową we Lwowie, którą ukończył w stopniu kaprala. Po powrocie do Rymanowa podjął obowiązki guwernera dzieci rodu Potockich. W 1937 r. zdecydował się na wstąpienie do seminarium duchownego obrządku łacińskiego w Przemyślu.  W 1939 r., w związku z wybuchem II wojny światowej, seminarium przeniesione zostało do Brzozowa i tam po zakończeniu studiów w dniu 5 marca 1943 r. Paweł Komborski przyjął święcenia kapłańskie.

Posługę rozpoczął od funkcji wikariusza parafii w Dzikowcu, gdzie poznał ks. Stanisława Bąka – proboszcza parafii w pobliski Mazurach, który wprowadził go w działalność konspiracyjną. W sierpniu 1943 r. złożył przysięgę organizacyjną AK i otrzymał pseudonim “Las”. Został kapelanem działających k. Kolbuszowej oddziałów AK i BCh. Niejednokrotnie udostępniał pomieszczenia „wikarówki” na cele działalności konspiracyjnej.

Wiosną 1946 r. ks. Komborski rozpoczął współpracę z konspiracyjnym Zrzeszeniem “Wolność i Niezawisłość”, powtórnie dzięki wprowadzaniu przez znanego z okresu okupacji ks. Bąka, który pełnił po wojnie funkcję kierownika Rady WiN Kolbuszowa.

W styczniu 1949 r. po aresztowaniu za działalność konspiracyjną w WiN ks. Bąka i innych, z obawy przed zatrzymaniem zbiegł i udał się na Dolny Śląsk. We Wrocławiu nawiązał kontakt z ks. Janem Puziem – wykładowcą i prokuratorem w Wyższym Seminarium Duchownym, podobnie jak on, uciekinierem z diecezji przemyskiej z obawy przed represjami.

Aresztowany został w nocy z 22 na 23 października 1950 r. przez funkcjonariuszy Sekcji V Wydziału V Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu, prowadzących sprawę agenturalnego rozpracowania przeciw ks. Ignacemu Pawlikiewiczowi-Kociakowi i gronu kontaktujących się z nim osób. Był poddany brutalnym metodom śledczym przez kierującego śledztwem por. Stanisława Dobrzyńskiego oraz przez Mariana Przybylskiego, Ludwika Nawrockiego, Ludwika Kulaka, Stanisława Binkowskiego, Mariana Żurawskiego w śledztwie opracowanym przez szefa WUBP Jana Zabawskiego. Wobec Pawła Komborskiego zastosowano powszechne wówczas w aresztach bezpieki metody wymuszania zamierzonych zeznań, w tym różnorodne formy tortur fizycznych, m.in. kilkudziesięciogodzinne ciągłe przesłuchania – tzw. konwejery; bicie po całym ciele; sadzanie na nodze taboretu – tzw. koniu Andersa; wielogodzinne (bez snu, jedzenia, napoju) stójki; zmuszanie do długich serii przysiadów oraz osadzanie w karcerze. Przebywając w areszcie śledczym, ks. Komborski rozpracowywany był dodatkowo przez agentów celnych o pseudonimach “Brodawski” i “Czajka”.

Po zamknięciu śledztwa i półrocznym pobycie w izolatce, w zbiorowym akcie oskarżenia z 7 czerwca 1951 r. ks. Pawłowi Komborskiemu zarzucono przynależność do „WiN” od 1945 r. do stycznia 1949 r., gromadzenie w tym okresie informacji stanowiących tajemnicę państwową i wojskową i przekazywanie dalej, kolportaż ulotek i gazetek organizacji. 1 sierpnia 1951 r. przedłużono areszt tymczasowy. Od wiosny 1952 r. przetrzymywano go na zamku w Rzeszowie, gdzie od 27 maja 1952 r. rozpoczął się proces przed tamtejszym Wojskowym Sądem Rejonowym. 27 czerwca 1952 r. Sąd skazał ks. Komborskiego na karę 10 lat pozbawienia wolności, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na 2 lata oraz przepadek całego mienia na rzecz Skarbu Państwa. Na mocy ustawy o amnestii z dnia 22 lutego 1947 r. złagodzono karę więzienia o połowę, tzn. do 5 lat więzienia. Natomiast za przekazywanie wiadomości stanowiących “tajemnicę państwową” skazano go na 5 lat więzienia. Ostatecznie wymierzono księdzu karę łączną 8 lat więzienia.

Z aresztu WUBP w Rzeszowie ks. Komborski przewieziony został do więzienia w Koronowie. Ks. Komborski pomimo iż skazany i osadzony, był podejrzewany o zatajenie w czasie śledztwa wiedzy o członkach „WiN” pozostających na wolności. Podczas pobytu w więzieniu podjęto wobec niego agencyjne rozpracowanie kryptonimu “Lew”. W celu zdobycia od kapłana stosownych danych po raz kolejny posłużono się agenturą celną, więźniami-informatorami o pseudonimach “Nowy” i “Kazik”.

23 maja 1955 r. ks. Komborski został warunkowo zwolniony z odbywania kary i udał się do Rymanowa do matki w celu podreperowania utraconego w trakcie śledztwa i osadzenia zdrowia.  Już w czasie pobytu w domu rodzinnym założono na niego pierwszą sprawę ewidencyjno-obserwacyjną, kontynuowaną w dalszym czasie podczas pełnienia posługi kapłańskiej. W grudniu 1955 r. został wikariuszem w parafii w Borku Szarym. Na mocy ustawy o amnestii z 1956 r. darowano mu karę całkowicie.  W marcu 1957 r. skierowano  ks. Komborskiego do samodzielnej pracy duszpasterskiej w parafii Siedliska nad Sanem gdzie przebywał do grudnia 1962 r. Od 1959 r. w związku z nawiązaniem przez kapłana kontaktów z miejscową ludnością, w tym z członkami byłych podziemnych organizacji, oraz z uzyskaniem przez niego wpływu na Gminną Radę Narodową podjęto decyzję o kolejnym operacyjnym rozpracowaniu go w ramach kolejnej sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej, m.in. za pomocą informatorów o pseudonimach “Staranny” i “Chętny”. Wobec braku podejrzeń o prowadzeniu wrogiej działalności zdecydowano o zamknięciu sprawy w listopadzie 1960 r.

W styczniu 1963 r. ks. Komborski objął urząd proboszcza parafii św. Marcina w Przysietnicy. Wyrazem uznania za całokształt jego działalności duszpasterskiej było nagrodzenie go godnością kościelną “expositorium canonicale” w 1967 r. (stąd powszechny u parafian zwrot „ksiądz kanonik”) i przywilejem noszenia rokiety i mantoletu w 1977 r. Dla parafian dał się poznać jako duszpasterz kochający ziemię i pracę na roli. Otaczała go aura wyjątkowego kapłana, znającego swoich parafian, w szczególności ich sytuację materialną, czego wyrazem było niejednokrotne odmawianie przyjęcia zwyczajowej ofiary za czynności posługi kapłańskiej.

W sierpniu 1990r. ks. Komborski przeszedł na emeryturę i pozostał w tej miejscowości jako rezydent. Dane mu było doczekać się przynajmniej w części sprawiedliwości, bowiem w 1992r. Sąd Wojewódzki w Rzeszowie unieważnił wyrok wydany na niego przez władze komunistyczne, uznając, że jego powojenna działalność zmierzała do zapewnienia państwu polskiemu niepodległości i suwerennego bytu.

Ks. Komborski zmarł 6 stycznia 1998 r. w Brzozowie. Został pochowany na cmentarzu parafialnym w Przysietnicy, a uroczystościom pogrzebowym przewodniczył ks. bp Bolesław Taborski.

Warto wspominać osobę ks. Pawła Komborskiego na tle bohaterów polskiego podziemia niepodległościowego bowiem jego działalność dla Ojczyzny nawet w dzisiejszych czasach pozostaje mało znana i do dzisiaj nie została w sposób odpowiedni uhonorowana.

[M.J]

Monopol na dobroczynność

Świat nie jest sprawiedliwy” lub „życie nie jest sprawiedliwe”. Te zdania niejednokrotnie wypowiedział każdy z nas z nutą zrezygnowania lub rozgoryczenia w głosie. Sprawiedliwość jest podstawową wartością i jedną z ważniejszych potrzeb człowieka. Jeżeli w przeróżnych sytuacjach życiowych ludzie nie dostrzegają sprawiedliwości, to jej brak powoduje u nich złość, a także wrogość w stosunku do tych ludzi, których obwiniają za ten stan rzeczy. W krajach socjalistycznych za sprawiedliwość odpowiada wszechmocne „państwo”, które za swój dziejowy obowiązek powzięło zaprowadzenie „sprawiedliwości społecznej”. Jest to termin artykułowany dosłownie wszędzie: w konstytucji, w ustawach, w podręcznikach szkolnych, w programach społecznych czy politycznych itp. Każdy polityk, który aspiruje do ważnych stanowisk w naszym kraju, niemalże zobowiązany jest wplatać te dwa słowa do wygłaszanego przez siebie monologu bez względu na temat, na jaki aktualnie się wypowiada. Jednym z elementów zaprowadzenia owej sprawiedliwości jest ogólnie mówiąc pomoc potrzebującym i skrzywdzonym przez los (idea jak najbardziej słuszna). Odbywa się to poprzez dystrybucję zasiłków, na którą monopol ma państwo. Czy aby na pewno jest to najlepsze rozwiązanie służące słusznej, jak się wydaje, idei?

Najgorętszym projektem polskiej sceny politycznej ostatnich miesięcy jest projekt 500+, który pod hasłem „programu demograficznego” jest de facto zasiłkiem z tytułu posiadania dziecka. Nie będę tutaj rozwodził się nad ekonomicznymi aspektami tego programu, natomiast skoncentruję się wyłącznie nad oceną tego projektu pod kątem sprawiedliwości, w tym także w aspekcie „sprawiedliwości społecznej”. Każdy, niezależnie czy jest zwolennikiem czy przeciwnikiem programu, a jednocześnie nie jest „zakładnikiem” państwa (partii politycznej) i kieruje się zdrowym rozsądkiem, przyzna, iż program ten nie jest sprawiedliwy. Dzieje się tak, ponieważ płatnikiem tego przedsięwzięcia są wszyscy Polacy płacący podatki, natomiast beneficjentem już niekoniecznie. Innymi słowy może się zdarzyć sytuacja, w której płatnikami programu 500+ będą przykładowo ludzie pracowici (również rodzice), którzy podejmują pracę zarobkową za minimalne wynagrodzenia, a beneficjentami będą ludzie (również rodzice), którzy uważają, że praca za minimalne wynagrodzenie jest poniżej ich godności, a podobny status bytowy zapewni im i ich rodzinie darmowy zasiłek (np. dla bezrobotnych, zasiłek rodzinny czy socjalne mieszkanie sfinansowane przez pracowitych). Taka konstrukcja programu socjalnego może doprowadzić do wzrostu napięcia w społeczeństwie, i wzajemnego antagonizmu pomiędzy obywatelami w podobnej sytuacji materialnej. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie programy socjalne (finansowane przez ludzi pracujących i płacących podatki) działają hurtowo, są odgórnie sterowane i nie biorą pod uwagę kryteriów indywidualnych, ani nie rozpatrują każdego przypadku indywidualnie. Innym, można stwierdzić iż sztandarowym przykładem jest pomoc bezrobotnym i zasiłek który takim ludziom przysługuje. A przecież bezrobotny bezrobotnemu nie równy. Według mnie jest różnica między faktycznym bezrobotnym, który z różnych powodów nie ma pracy, a osobą która pracuje na czarno, a bezrobotna jest tylko na papierze (nie wnikam w tym miejscu nad aspektem, dlaczego pracuje na czarno), lub osobą której w ogóle się nie chce pracować. Centralne sterowanie zasiłkami nie widzi takiej różnicy. Kolejnym przykładem może być pomoc samotnym matkom. Logicznie oceniając, jest różnica między kobietą, która faktycznie sama wychowuje swoje dzieci, bo ojciec, albo dał nogę, albo nie poczuwa się do ojcostwa, a kobietą, która żyje z ojcem dziecka pod jednym dachem, a samotną matką jest tylko na papierze, gdyż nie formalizuje swojego związku. W tym miejscu chcę zaznaczyć iż nie mam nic przeciwko życiu w związkach niesformalizowanych. Jest to indywidualna decyzja każdego człowieka. Powyższe przykłady mają na celu wyłącznie zobrazować nieskuteczność i marnotrawstwo państwowego socjalu, który jest finansowany z podatków. Nie dość iż zasiłki nie rozwiązują żadnego problemu (wszak bezrobotny, który otrzyma zasiłek nadal pozostaje bezrobotnym) to jeszcze potęgują wrogość w społeczeństwie. Zawsze kiedy będzie się zabierać ludziom pieniądze, i dawać je osobom, które według dających na to nie zasłużyły, będziemy mieli murowany konflikt. Czy o to nam chodzi?

Zdecydowanie rozsądniejszym i sprawiedliwszym rozwiązaniem byłoby zostawienie pieniędzy w portfelach obywateli i pozwolenie im rozporządzać „socjalem” według ich własnego uznania. Kto szybciej zauważy faktycznie potrzebującego człowieka? Anonimowy urzędnik czy sąsiad? Kiedy potrzebujący otrzyma więcej pieniędzy? Od anonimowego urzędnika który jest de facto pośrednikiem, a nie wolontariuszem, czy bezpośrednio od sąsiada? Do kogo płacący będzie mógł mieć pretensję jeżeli owy potrzebujący okaże się oszustem? Do anonimowego urzędnika (czyli państwa) czy do siebie samego, że dał się oszukać?

Przecież to wrażliwość nie pozwala nam przejść obojętnie wobec nieszczęścia drugiego człowieka. Jest to cecha indywidualnie przypisana każdemu z nas, podobnie jak inne cechy. Są więc ludzie pracowici i leniwi, uczciwi i złodzieje, wrażliwi i obojętni na ludzki los. Dlaczego więc od razu zakładamy, że więcej jest ludzi niewrażliwych, którzy prędzej spalą w piecu swoje ubrania niż oddadzą potrzebującemu i dlatego „państwo” musi siłą to ubranie zabrać i dać temu komu według „państwa” się należy. Oczywiście „państwo” i obywatele rozbieżnie definiują magiczne „należy się”, co niestety skutkuje podziałami w społeczeństwie. Dzieje się tak, ponieważ wrażliwość jest stopniowalna i każdy człowiek inaczej postrzega daną sytuację. Co jednemu człowiekowi wyciśnie łzy, innego nie skłoni nawet do odwrócenia głowy.

Napisałem ten tekst, aby po raz kolejny uświadomić uświadomionych (nieuświadomionych nic nie przekona), że model państwa, w którym anonimowi i niewybieralni urzędnicy, którzy redystrybuują zabrane ludziom pieniądze w postaci podatków, wydają je w sposób nieefektywny. Dodatkowo ta nieefektywność powoduje, iż jedni ludzie na tym korzystają a inni tracą. Wynikiem takiego działania jest jawne poczucie niesprawiedliwości, które skutkuje podziałami i wzajemną nieufnością w społeczeństwie. Nie można budować suwerennego państwa bez zjednoczonego narodu. Nie można zjednoczyć narodu utrzymując w nim podziały społeczne poprzez programy socjalne. Zadanie na przyszłość: Przywrócić sprawiedliwość.

Piotr Gbur

Prawa człowieka vs Prawo naturalne

W tym artykule spróbuję przedstawić naszym czytelnikom różnicę pomiędzy prawem naturalnym, na które powołuje się szeroko pojęte środowisko wolnościowe, a prawami człowieka, na które powołują się socjaliści. Na początku tego artykułu pragnę zaznaczyć, że nie uderzam w prawa człowieka, a bynajmniej nie w I generację, która wręcz pokrywa się z aksjomatami prawa naturalnego. Nie podważam także sensu istnienia praw człowieka, a jedynie ich obecną formułę, która straciła już sens, przez najnowsze generacje, pełne lewicowych fantazji.

Prawo naturalnego ma tę przewagę nad wszelkim prawem stanowionym, że go nikt nie ustanowił. Wynika z tego, że jest ono niezbywalne i nikt nie może nam go odebrać. Wywodzi się ono z samego faktu naszej egzystencji, z faktu, że człowiek jest istotą żywą, oraz, że jest istotą rozumną. Skoro tak jest, to człowiekowi nikt nie ma prawa odebrać życia, ani sprawować nad nim kontroli. NIKT nie ma prawa odebrać jednostce jego własności z użyciem siły lub groźbą zainicjowania przemocy. Główną zaletą prawa naturalnego jest jego uniwersalność. Jego treść brzmi tak samo dla każdego człowieka, niezależnie od jego religii, pochodzenia, rasy czy statusu majątkowego.

Wszystkie postanowienia wynikające z mojej definicji prawa naturalnego (zapisanej powyżej) zostały zapisane w I generacji Praw człowieka, a mianowicie:
1. Prawo do życia
2. Prawo do własności
3. Wolność osobista
4. Zakaz tortur
5. Wolność od niewoli (w prawie naturalnym jest to prawo do samoposiadania)
6. Prawo do owoców pracy.
Z pewnością każdy się zgodzi, że te prawa są niezbywalne i jeśli są łamane, obywatele nie będą w stanie, a z pewnością będą mieli problemy z zapewnieniem sobie szczęścia. Ale czy to samo można powiedzieć o pozostałych generacjach praw człowieka?
Prawa człowieka II generacji nakładają na państwo obowiązki ekonomiczne i socjalne wobec obywateli, natomiast prawa człowieka III generacji to prawa kolektywne i solidarnościowe. Przedstawię najbardziej bezsensowne prawa zapisane w tych generacjach: prawo do demokracji, prawo do rozwoju, prawo do zdrowego środowiska naturalnego, prawo do nauki, prawo do pracy i wypoczynku, prawo do pokoju, prawo do uczestniczenia w życiu kulturalnym.

Czy „prawo do demokracji” jest potrzebne człowiekowi do osiągnięcia szczęścia? Czy „prawo do rozwoju” jest niezbędne aby człowiek rzeczywiście się rozwijał? Czy przed wprowadzeniem tego prawa ludzie żyli w stagnacji? Czy nadanie „prawa do zdrowego środowiska naturalnego” uczyni środowisko zdrowym i czystym? Czy gdyby nie było „prawa do nauki” to ludzkość porzuciłaby nagle wszelkie książki i encyklopedie? Czy odbierając „prawo do pracy i wypoczynku” wywołamy 100% bezrobocie lub zlikwidujemy wszelkie urlopy? Czyż wolny rynek nie jest w stanie tego kontrolować? Czy likwidując „prawo do pokoju” nagle wybuchłyby wojny na obszarze całego globu?
Gdyby próbowano komuś odebrać prawo do wolności, zapewne walczyłby o nie, co już niejednokrotnie miało miejsce w historii ludzkości. Czy gdyby nagle odebrano nam „prawo do uczestniczenia w życiu kulturalnym” to czy ktoś walczyłby o nie? Pewnie nikt by nie zauważył nawet, że to prawo znikło, bo jeśli są przestrzegane prawa zawarte w I generacji praw człowieka, to nikt nie może zabronić człowiekowi uczestniczenia w życiu kulturalnym. Oczywiście, nie nawołuję tutaj do ZABRANIANIA komukolwiek uczestniczenia w życiu kulturalnym. Kwestionuję tylko sens zapisywania tego w Konwencji Praw Człowieka. To doktryna faszystów mówi:  „wszystko co nie jest zakazane jest obowiązkowe”. W takim systemie potrzebna jest duża liczba zapisanych praw i obowiązków, żeby obywatel wiedział, co może a co nie. Ale w doktrynie liberałów obowiązuje zasada: „co nie jest zakazane, jest dozwolone”. W związku z tym prawa powinno być mało, aby obywatel wiedział, co jest zakazane, ponieważ wszystko inne jest dozwolone. I tutaj znowu triumfuje wyższość prawa naturalnego nad prawem pozytywnym (nazwane tak przez prawników, ale w mojej opinii jest ono bardzo negatywne) czyli prawem utworzonym przez ludzi. Po tej serii pytań retorycznych trzeba sobie odpowiedzieć jeszcze na jedno: czy wierzę w człowieka jako w istotę rozumną i działającą w celu zapewnienia sobie godnego życia, czy wierzę w człowieka, który nie potrafi egzystować bez interwencji rządu?
Skoro więc udowodniliśmy, że prawa człowieka (II i III generacja) nie służą nikomu, powinniśmy się zastanowić, w czyim interesie zostały ustanowione? Z odpowiedzią przychodzi nam de Jasay:

„adaptacja długotrwałych indywidualnych i rodzinnych zachowań do dostępności niezasłużonej pomocy, która jest początkowo pasywnie akceptowana, następnie staje się obiektem żądań i ostatecznie, z biegiem czasu, uznawana jest za prawo, które można wymusić (prawo do niebycia głodnym, prawo do opieki zdrowotnej, prawo do formalnej edukacji, prawo do bezpiecznej starości)”.

Wynika z tego, że prawa człowieka nie wynikają z ludzkiej wrażliwości i altruizmu polityków, a jest to jedynie pretekst służący grabieży coraz szerszych mas. Politycy bowiem zawsze interesują się naszym dobrem, nawet jeśli mamy tego dobra już tak niewiele.

Zachęcam do refleksji nad prawami, którymi powinniśmy się kierować: tymi przypisanymi każdemu człowiekowi, w każdym czasie i w każdym miejscu, czy prawami które można w każdej chwili zmienić decyzją większości i tym samym uznać te poprzednie za nieważne i „przestarzałe”.

Bartłomiej Borek

Wojna cywilizacyjna, której możemy nie wygrać

Wydarzeniem, które od niemal roku elektryzuje Zachodnią Europę jest masowy napływ imigrantów. Codziennie „mass media” zalewają nas informacjami dotyczącymi liczby przybyłych osób i ich historii, nierzadko przedstawianej z odpowiedniej perspektywy. Wielcy tego świata w zależności, po której stronie sceny politycznej się znajdują, zalewają ludzi o podobnych poglądach informacjami, które mają utwierdzić ich w przekonaniu, że droga którą obrali wiedzie we właściwym kierunku. Więc mamy, z jednej strony cały peleton polityków i aktywistów, którzy zaślepieni multikulturalizmem, wtłaczają do głów swoim zwolennikom, że imigracja ubogaci Europę, natomiast ludzi którzy nie podzielają tego poglądu szantażują hasłami o solidaryzmie, ‘byciu chrześcijaninem” i „wartościach europejskich”. Z drugiej strony stoją politycy i aktywiści, którzy w fali imigracji widzą zagrożenie dla obecnego kształtu kontynentu europejskiego i naszej cywilizacji. Oczywiście paliwo dla ich narracji dostarczają sami „twórcy sporu” i „twórcy zamieszania”. Dlatego nie będę w tym miejscu przytaczał informacji o gwałtach, rozbojach, ogromnej pretensjonalności przybyszów itp., ponieważ każdy z nas usłyszał dostatecznie dużo, aby prezentować własną opinię na ten temat. Skupmy się raczej nad naprawdę istotnym problemem, a mianowicie: dlaczego to się dzieje, dlaczego na to pozwalamy i dlaczego się nie bronimy.
Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta. Otóż doszło do starcia dwóch cywilizacji – europejskiej (chrześcijańskiej) i arabskiej (muzułmańskiej). Profesor Feliks Koneczny w swojej autorskiej koncepcji, przedstawionej w opracowaniu pt. „O wielości cywilizacji”, uważa ,że „cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego”, wyjaśniając tę definicję pisze tak: „Cywilizacja to suma wszystkiego, co pewnemu odłamowi ludzkości jest wspólnego, a zarazem suma tego wszystkiego, czym się taki odłam różni od innych”. Wystarczy chwila zastanowienia, aby wczytując się w tę definicję stwierdzić, że Arabowie i Europejczycy to dzieci odmiennych cywilizacji. Na szczęście większość ludzi nie neguje tego stwierdzenia. Najgorsze jest to że „postępowi, nowocześni i tolerancyjni” Europejczycy nie dostrzegają tego, iż cywilizacje się nie przenikają, nie czerpią z siebie nawzajem, nie szukają kompromisu tylko zwyczajnie i brutalnie się zwalczają. Nawet bez wybitnej znajomości historii można na palcach jednej ręki wymienić kilka przykładów cywilizacji, które nie przetrwały starcia z inną cywilizcją. Palców mam pięć, więc podaję: egipska, helleńska, rzymska, Majów, łacińska. Pierwsze cztery już wymarły. Pytanie fundamentalne brzmi: czy ta piąta podzieli ich los.
Każda cywilizacja oparta jest na pewnych fundamentach. Nasza, czyli łacińska, zwana też zachodnią opiera się na greckiej filozofii, prawie rzymskim oraz etyce chrześcijańskiej. Inaczej mówiąc opiera się na istnieniu prawdy obiektywnej, prawie do własności oraz moralności.

Wprowadźmy do rozważań pojęcie „normotypu cywilizacyjnego”. Profesor Bogusław Wolniewicz w swojej książce pt. „O Polsce i Życiu” owym normotypem nazywa ogół wartości i norm obyczajowych, które są charakterystyczne dla danej cywilizacji. Gdy rodzą się nowe pokolenia (dzieci), to stare pokolenia (rodzice) starają się przekazać im swój normotyp jako cywilizacyjny majątek, który sami otrzymali od swoich rodziców. Jest to „transfer cywilizacyjny”, który jeżeli zachodzi bez zakłóceń stanowi podstawę trwania danej cywilizacji. Miarą żywotności cywilizacji, jak dalej pisze prof. B. Wolniewicz, jest to czy stare pokolenia mają w sobie wolę przekazania normotypu swojej młodzieży.
Zderzając powyższy akapit z tym jak obecnie wygląda Europa, jakie wartości ma na swoich sztandarach, jak wychowuje młode pokolenia, jaką ma moralność powoduje, że odpowiedzi na drugie i trzecie pytanie nasuwają się same. Po prostu współcześni Europejczycy stracili wolę przekazywania wartości na których oparta jest nasza cywilizacja. To my obecnie stwierdzamy, że prawda nie ma znaczenia, że prawda podlega relatywizmowi, że prawdę można przegłosować. To my odrzuciliśmy naszą wolność i własność w zamian za urojoną równość. To my wyśmialiśmy naszą wiarę, naszą moralność, naszą etykę, że niby obciachowa i niepasująca do obecnych czasów. Dlatego, też tytuł mojego rozważania nie jest przypadkowy, zwłaszcza, jeżeli uświadomimy sobie (niestety nie wszyscy chcą sobie uświadomić) jaki „normotyp cywilizacyjny” niesie do Europy fala imigrantów, których moralność wynika wprost z Koranu.

Do granic Europy zbliża się rzesza zwykłych ludzi, przedstawicieli obcej cywilizacji, którzy dzięki swej liczebności mogą próbować przebudować europejski świat według wartości kultury muzułmańskiej (lub wymóc na Europie dokonanie takiej przebudowy w oparciu o demokratyczne metody). Wydawałoby się, że odpowiedzialny przywódca w momencie pojawienia się możliwości „zderzenia” dwóch tak bardzo odmiennych cywilizacji (które może doprowadzić do unicestwienia jednej z nich), podejmuje działania, aby temu zapobiec. Należałoby postawić pytanie, czy europejscy przywódcy w ogóle dostrzegają, w napływie imigrantów, jakiekolwiek zagrożenie dla cywilizacji łacińskiej, a nawet jeżeli tak, to czy na pewno właściwymi metodami pozwalającymi na ochronę europejskiego świata są tolerancja, uległość i poprawność polityczna.

Piotr Gbur

“Nadmierny fiskalizm, a wzrost gospodarczy”

Na wstępie mojego wywodu zacznijmy od pojęcia podatek. Czym tak w ogóle są podatki? Pewnie każdy z was bez wahania odpowie, że są to pieniądze, które „musimy” oddać do dyspozycji rządu, żeby nasz kraj mógł funkcjonować i zapewnić nam dobrobyt, ale czy aby na pewno?

Obowiązkowe obciążenia pieniężne na rzecz państwa są nieodzownym elementem życia społecznego i gospodarczego. Zarówno gospodarstwa domowe jak i przedsiębiorstwa mają do czynienia ze sprawami związanymi z obciążeniami fiskalnymi nakładanymi przez organy państwa. Ustawodawca definiuje podatek jako publicznoprawne, nieodpłatne, przymusowe oraz bezzwrotne świadczenie pieniężne na rzecz Skarbu Państwa, województwa, powiatu lub gminy, wynikające z ustawy podatkowej. Jako podatki w rozumieniu ustawy rozumiane są także opłaty oraz niepodatkowe należności budżetowe, czyli wszelkie należności stanowiące dochód budżetu państwa lub budżetu jednostki samorządu terytorialnego, wynikające ze stosunków publicznoprawnych.  Jednym słowem są to daniny, które każdy z nas musi płacić, niezależnie od tego czy są one słuszne czy też nie. Profesor Ludwig von Mises nie boi się ich nawet nazwać „częściową konfiskatą własności prywatnej”, a Leonard Liggio uważa, że „redystrybucja dochodów jest zwykłym złodziejstwem i nie można jej pogodzić z żadną moralnością”.

Problem polega na tym, że źle postawiona granica wysokości podatków ma bardzo negatywne skutki dla gospodarki. Najlepszym przykładem jest prawo ekonomiczne nazwane od nazwiska jego odkrywcy Artura Laffera, krzywą Laffera. Ilustruje ono zależność między wysokością stopy opodatkowania, a łączną sumą wpływów podatkowych do budżetu państwa. Udowodnił, iż czym rząd będzie więcej nam pieniędzy zabierał z kieszeni, tym będzie miał mniejsze wpływy. Dzieje się tak z prostego powodu. Po drastycznych podwyżkach podatków, zwiększają się koszty prowadzenia działalności, a wręcz staje się ona nieopłacalna. Co robią przedsiębiorcy? Zaczynają uciekać z ulokowaniem swojego kapitału za granicę lub w „szarą strefę”. Następstwem tego wszystkiego jest wzrost cen produktów i usług oraz powiększające się bezrobocie. Kolejnym negatywnym skutkiem jest słaba konkurencyjność. Jeżeli podniesiemy ceny to momentalnie przestaniemy być konkurencyjni na rynku. Dużym problemem będzie też znalezienie zagranicznego kapitału, który będzie chciał inwestować tylko i wyłącznie na preferencyjnych warunkach.

Najgorszym podatkiem ze wszystkich jest podatek dochodowy. A dlaczego? Bo atakując godność jednostki u samej podstawy, doprowadził do krzywoprzysięstwa, defraudacji, oszustw i łapownictwa. Unikanie lub uchylanie się od płacenia tej daniny stało się wielką grą. Nawet ludzie bez zarzutu uciekają się do różnych sztuczek, aby tylko zaoszczędzić i nie zapłacić tej daniny. Podatek ten demotywuje ludzi do uczciwej pracy. Osoby zdolne, pracowite oraz pomysłowe za swoją ciężką pracę dostają karę w postaci podatku, a przysłowiowe „lenie”, którym nie chce się pracować dostają nagrody. Mam na myśli zapomogi i zasiłki, które tak naprawdę bardziej szkodzą niż pomagają.

Istotą wzrostu gospodarczego jest rozwój przedsiębiorstw oraz napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Jest to bardzo ważne, z uwagi na to, że m.in. zapewnia kapitał dla inwestowania w nowe przedsięwzięcia gospodarcze. Może także zaoferować inne korzyści, takie jak: wprowadzenie nowych technologii, technik zarządzania i marketingu, umiejętności zarządzania finansami, dostępem do rynków eksportowych itd.

Zmierzając do meritum. Czym wyższe podatki i różnego typu obciążenia fiskalne tym gorzej dla gospodarki. Spada konkurencyjność, firmy mniej sprzedają i przestają inwestować. Co się dzieje ze wzrostem PKB? Momentalnie spada do minimum.

 

Jak pisał Monteskiusz – „natura jest sprawiedliwa wobec ludzi, nagradza ich trudy, czyni ich pracowitymi, ponieważ za większą, pracę idzie większa nagroda. Ale jeżeli samowolna władza odbierze owe przyrodzone nagrody, człowiek wraca do wstrętu do pracy i próżniactwo zdaje mu się jedynym dobrem. W pewnym momencie podatnicy zaczynają zadawać sobie pytanie, dlaczego mają pracować tylko część roku dla siebie i rodziny, a pozostała część dla innych?”

Artur Szczepek

“Prawica kontra lewica, czyli miszmasz pojęciowy w Polsce”

Czy ktokolwiek z nas stawiał sobie kiedyś pytanie, dlaczego w Polsce niemożliwa jest jakakolwiek sensowna dyskusja o polityce? Odpowiedź jest prosta. Dzieje się tak, ponieważ panuje zupełny chaos pojęciowy. Jest on tworzony celowo, aby dywagacje na tematy polityczne sprowadzić do poziomu emocjonalnego pokrzykiwania.

 

W ten sposób łatwiej jest manipulować ludźmi, co zresztą jest skrzętnie wykorzystywane przez obecną klasę polityczną. Postanowiłem trochę pomóc i wyjaśnić na czym polega różnica miedzy prawicą, a lewicą. Możliwe, że części czytelników to co przeczytają się nie spodoba, ale  jednak powinno się raz na zawsze ustosunkować i wyjaśnić czym jest w społeczeństwie jak i w polityce Prawica i Lewica? Zawsze śmieszą mnie osoby które uważają się za prawicowych, ale tylko obyczajowo lub tylko gospodarczo – jak w sumie wszystkie obecne partie. Wybór powinien być prosty, albo w lewo, albo w prawo. Dopiero potem wyborca może wybierać rozgałęzienia.

W kategoriach dystansu ideologiczno-programowego pomiędzy partiami politycznymi w systemie partyjnym, a ten jest wyznaczany przez trzy płaszczyzny odniesienia: aksjologiczną, ekonomiczno-społeczną i polityczną. Płaszczyzna aksjologiczna to wartości, do których odwołuje się ugrupowanie polityczne. Wśród nich można wskazać m.in. inspiracje filozoficzno-doktrynalne, rolę tradycji politycznych, model społeczeństwa i typ relacji pomiędzy państwem a społeczeństwem. Wymiar ekonomiczno-społeczny warunkowany jest stosunkiem do ustroju gospodarczego i polityki społeczno-gospodarczej państwa. Odniesienie polityczne to preferencje dla reprezentowanych strategii politycznych, forma ustroju politycznego oraz role i funkcje prawa w życiu społecznym.

 

Lewa strona sceny politycznej reprezentuje poglądy, które są funkcją jej historii i miejsca, wynikającego z politycznej reprezentacji określonych grup społecznych. Współczesna lewica tworzy ukształtowany historycznie stereotyp doktrynalny, którego głównymi założeniami są: idea równości społecznej, rola państwa w zakresie nierówności społecznych przez redystrybucję dochodu narodowego, społeczne uczestnictwo w zarządzaniu, kolektywny model konsumpcji oraz rola sektora publicznego w życiu społecznym, w szczególności w ekonomice Wojciech Sokół  zwraca uwagę, że deklaratywne postulaty lewicy, do których zaliczyć można: Socjalny model gospodarki rynkowej, oparty na elementach państwowej kontroli rynku i rozbudowanym sektorze publicznym, utrzymanie rozbudowanych programów socjalnych, które przy pomocy redystrybucji dochodowej służą wyrównywaniu dochodów obywateli, postulat uniwersalizmu, czyli wchodzenia w międzynarodowe struktury polityczne i gospodarcze, rozdzielenie kościoła od państwa i wspieranie postaw laickich, miejska orientacja i wspieranie strategii industrialnych w procesach modernizacyjnych, akceptacja politycznej roli związków zawodowych, podkreślanie znaczenia praw i wolności obywatelskich, ideałów równości, wolności i sprawiedliwości, Indywidualizm i podkreślanie modernistycznej koncepcji państwa, w języku retoryki politycznej mogą prowadzić do ich pejoratywnego odbioru.

 

Współczesna prawica jest kojarzona przede wszystkim z konserwatyzmem społecznym, jako odpowiedzią na modernizacyjne tendencje po lewej stronie. Tak jak rola lewicy została w znaczniej mierze określona przez historyczny kontekst jej powstania, tak również prawica znalazła swoje genetyczne zakorzenienie. Stereotyp doktrynalny prawicy odwołuje się do modelu społeczeństwa opartego na idei wolności jednostek, które tworzą społeczeństwa oparte na konkurencji w sferze politycznej i ekonomicznej. Naturalnym efektem konkurencji są nierówności społeczne, a państwo nie jest powołane do ich niwelowania tylko do ochrony naturalnych podstaw społeczeństwa: wolności politycznej i ekonomicznej jednostki, zabezpieczenia mechanizmów konkurencyjnych, ochrony porządku i bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. Marek Żmigrodzki wśród wartości i postulatów, dotyczących organizacji ładu społecznego, szczególnie eksponowanych w różnych nurtach prawicowej myśli politycznej wskazuje: Religię, moralność, potępienie aborcji, tradycję, normy obyczajowe, wartości narodowe, afirmacja ojczyzny, Europa narodów, personalizm, wolny rynek, aprobatę hierarchii społecznej, niskie podatki, ograniczanie roli państwa do minimum, decentralizacja, pluralizm informacyjny, rodzinę o silnym autorytecie rodziców, dobro rodziny, odpowiedzialność rodziców za dzieci, szkołę z nauką religii, opartą o autorytet nauczyciela i wartości moralne, karę śmierci za ciężkie przestępstwa, równość wobec prawa, silną armię, policję, bezpieczeństwo. Zdaniem cytowanego autora, nawet biorąc pod uwagę krytykę dychotomicznego podziału orientacji politycznych i wielość interpretacji pojęcia prawicy, to w dalszym ciągu znajdują one zastosowanie w analizie nie tylko sceny politycznej.

Zauważyłem też występowanie takich tworów na polskiej scenie politycznej jak ja to mówię „Żonaty kawaler”, są to głównie partie tzw. „Centrum”, czyli ani prawo ani lewo. Dobrym przykładem jest PiS, który głosi konserwatywne poglądy w sferze obyczajowej, a gospodarczo jest bardziej na lewo od SLD. Zachęcam  wszystkich do precyzyjnego posługiwania się pojęciami z zakresu ideologii i doktryn politycznych — bez tego bowiem niemożliwa jest racjonalna dyskusja, co skutkuje obecną patologią, w której debata programowa to chaos, a główny spór polityczny koncentruje się na podziałach nie ideologicznych, lecz trybalistycznych: „my”, „oni”.

Artur Szczepek

Czy wizja państwa fundowana nam obecnie zgadza się z wartościami, które są podstawą naszej cywilizacji?

Do wszystkich tych zwolenników prymatu dobra ludu pracującego miast i wsi popularnie zwanego kolektywem, którzy w przekonaniu swojej niezachwianej “prawicowości” myślą tylko o linczu na mnie, gdy wskazuję, że liberalizm (oczywiście rozumiany prawidłowo) ma swoje umocowanie w etyce chrześcijańskiej i wypływa wprost z doktryny konserwatywnej kieruję kilka ważnych słów. Słów nie moich ale prof. Michała Wojciechowskiego, teologa i biblisty, autora książki pt. “Biblia o państwie”.
“W świetle Biblii instytucja własności prywatnej jest rzeczą normalną i słuszną. Ma zakorzenienie w prawie Bożym i jest przez nie chroniona. Naruszanie własności prywatnej jest grzeszne i niesprawiedliwe. Obok (nie zamiast) własności prywatnej mogą istnieć pewne formy własności zbiorowej.

Własność, jak inne wartości ludzkie, pochodzi od Boga, jest jego darem. Nie jest wartością absolutną: wyżej od własności, relacji do rzeczy, stoi relacja ludzi do Boga oraz miłość bliźniego. Jest też jasne, że własność stoi niżej niż życie i wolność.

Jednakże dzisiejsze społeczeństwa ograniczając własność, bynajmniej nie czynią tego w imię tych nadrzędnych wartości, choćby się na nie obłudnie powoływały. Własność prywatna ograniczana jest bowiem w imię własności państwowej, czyli na rzecz sprawujących władzę. Jest też ograniczana na rzecz tych, co dóbr materialnych nie tworzą: owoce pracy jednych ludzi są im zabierane przez system podatkowy i przekazywane innym.

Oto znamienny cytat: Ilekroć banda złodziei uchwyci w pewnym stopniu władzę, potrafią oni zagrabić całe państwa, nie obawiając się wcale represji prawa, ponieważ czują się silniejsi od prawa. Są to jednostki o skłonnościach oligarchicznych, spragnione tyranii i panowania, a dokonując potwornych kradzieży, osłaniają je dostojną nazwą majestatu legalnej władzy i rządu, które są w istocie dziełem rabunku. Nie jest to bynajmniej fraza z prasy polskiej, lecz fragment pierwszego zachowanego komentarza do Dekalogu, napisanego przez Filona z Aleksandrii (De decalogo 136). Inspiracji mogły mu dostarczyć pewne teksty biblijne (Jr 7,9 o Judzie, Jr 22,13 o Jojakimie, Na 3,1 o Niniwie).

Nadużywanie prawa własności, choć występuje, nie jest dziś naczelnym problemem. Problemem dzisiejszym są jej niesłuszne ograniczenia, a zwłaszcza instytucjonalna kradzież w państwach opanowanych przez ideologię lewicową, która neguje przykazanie „nie kradnij”. W krajach Europy narzędziem wyzysku są zbyt wysokie podatki i rozmaite przywileje, dzięki którym urzędnicy i nieroby żyją kosztem pracowitych i twórczych. Towarzyszy temu pobłażliwość dla korupcji i innej kradzieży kryminalnej.

Charakter instytucjonalny mają też nadużycia monopoli czy dużych pracodawców, powiązanych z władzą państwową. Np. zawyżanie opłat jest kradzieżą tak samo w przypadku państwowego, jak prywatnego monopolu pocztowego. Z drugiej strony przywileje pracownicze mogą prowadzić do żerowania na cudzej własności.

Obecny system opłacania mnóstwa świadczeń przez państwo, a więc z podatków, prowadzi do sytuacji, w której każdy obywatel trzyma rękę w kieszeni drugiego. Z zarobków oddajemy połowę, a w zamian pobieramy sporą część cudzych. Na tej operacji pasożytuje aparat urzędniczy, którego funkcjonariusze bezwiednie żyją głównie z tego rodzaju kradzieży.

Zabór cudzej własności przez rządy bywa obłudnie maskowany troską o bliźnich. Pod wpływem lewicy nawet niektórzy chrześcijanie myślą, że o biednych może się zatroszczyć państwo, i to przez zabieranie wszystkim pozostałym. „Społeczne przeznaczenie własności” rozumieją tak, że własność jest niby prywatna, zaś pożytki z niej może przejąć ogół. W takim razie nie byłaby to w ogóle własność, gdyż do jej definicji należy dysponowanie rzeczą i czerpanie z niej pożytków! Nie można przyjmować, że o wydobycie z własności użyteczności społecznej ma zadbać państwo i że ta użyteczność polega na konfiskacie dochodu. Faktycznie ma dbać o nią osoba, właściciel, a czyni to przez właściwe użycie swego majątku (pożyteczne inwestowanie i dobroczynność).

Istotną kwestią jest też ograniczanie własności. Biblia kojarzy własność ze swobodą dysponowania rzeczami. Ogranicza je jedynie w imię wyższych wartości: wierności Bogu i miłości bliźniego. Używanie własności w sposób zagrażający życiu, wolności czy własności innych można uznać za złe. Prawodawstwo słusznie kładzie temu tamę. Oznacza to jednak zarazem, że przepisy, które w sposób przesadny, bez takiego uzasadnienia krępują własność, sprzeczne są z wolą Bożą. Jaskrawo sprzeczny z myśleniem biblijnym jest w szczególności podatek spadkowy.

Nauka Biblii o własności i kradzieży demaskuje niemoralny charakter panującego obecnie ustroju, który można nazwać biurokratycznym. Dobro państwa i jego aparatu przeważa w nim nad dobrem osób — także w sferze własności. Przeciwstawić by mu należało ustrój oparty na poszanowaniu własności — ale nie tylko dlatego, że (jak twierdzą liberałowie) ustrój taki przynosi korzyści, zachęcając do rozwoju gospodarczego, lecz przede wszystkim dlatego, że jest on moralnie słuszny.”

Jacek Janas

“Dyktatura większości”

Jak mawiał śp. Stefan Kisielewski: “Coraz więcej rzeczy rozumiem, lecz coraz trudniej mi przychodzi wyrazić to w słowach.”
Po prostu już nie mogę znieść tego zamieszania, powodującego ogromną bulwersację chyba każdego kto czerpał, czerpie lub liczy na to, że będzie czerpał korzyści z polityki, jednocześnie starając się swój stan emocjonalny (zgodnie z naturą demokracji) przelać na każdego potencjalnego wyborcę, a odnoszącego się do działań partii rządzącej mających na celu podporządkowanie państwa “małemu dyktatorowi”.

Tylko jak dosadnie skomentować ten stos bzdur płynący od prawa do lewa skoro parafrazując już słów brakuje? Czyżbym dołączył do tej grupy bulwersujących się?

Pewnie tak, ale tylko z powodu faktu wskazującego na to jak nisko upadła nasza cywilizacja. Otóż nie rozumiem o co, nawet ta cała “broniąca demokracji opozycja”, ma pretensje do partii (sobie pozwolę) WCz Jarosława Kaczyńskiego (poza utratą możliwości pasożytniczych przy tzw. zmianie władzy). Przecież wszystkie działania nowego parlamentu wynikają tylko i wyłącznie z realizacji zasad demokracji w ścisłym tego słowa znaczeniu.

Oczywiście, że mamy pewne nowum. Różnica polega oczywiście na tym, że jedna partia pierwszy raz w historii zdobyła bezwzględną większość w parlamencie i dodatkowo ma swojego prezydenta. Jest to dosyć istotne ale nijak się ma do łamania demokracji. Wyjaśnijmy zatem istotę problemu tym, którzy doszukują się drugiego dna w tym całym cyrku, którego szczytowym numerem wieczoru była lekcja Wf-u prowadzona przez znanego przedstawiciela palestry uczącego tłum robić “pajacyki” (z siebie).

Najpierw teoretycznie: Jakie jest najistotniejsze założenie zasady trójpodziału władzy odkrytej dzięki oświeceniu przez Charles’a Louis’a de Secondat barona de la Brède et de Montesquieu? Całkowite normatywne i ustrojowe oddzielenie każdej władzy od drugiej po to, by w myśl naturalnej konkurencji pomiędzy nimi (ha nawet w takiej kwestii wychodzi ten znienawidzony liberalizm), mogły one wzajemnie pilnować się przed przerostem wpływów każdej z nich. Jak wygląda owa izolacja normatywno-ustrojowa na gruncie Konstytucji RP widać choćby w tym przypadku gdzie Sejm jest w stanie wtrącać się w organizację władzy sądowniczej z TK na czele.

Teraz praktycznie: Nieskrępowana większość parlamentarna i dodatkowo własny prezydent, pozwoliły jednej partii nie tylko na swobodne procedowanie jak i wykonawstwo efektów procedowania. Ponieważ, żyjemy w demokracji (nie mylić z republicą), władza ustawodawcza może sobie uchwalić wszystko, nie zważając nawet na normy konstytucyjne, które w obecnym kształcie Konstytucji trudno złamać nawet najbardziej “niecnotliwymi” pomysłami legislatywy. Jeżeli tak, to co będziemy sobie żałować?
Tak samo było i w przypadku poprzednich rządów w zasadzie z jedną tylko różnicą. Ówcześnie władzę kontrolowały dwie partie i nie dość, że istniała zawsze możliwość zablokowania co bardziej śmiałych pomysłów uderzających w czyjeś interesy, to na dodatek w tak ukształtowanym układzie politycznym konieczna była dbałość o pseudoetyczną fasadę instytucji demokracji zgodnie z propagandowym założeniem największych teoretyków demokracji z “ojcem narodów, chorążym pokoju”, generalissimusem Józefem Stalinem.
Stąd też ten lament i larum, tych którzy by realizować swoje lub zlecone interesy polityczne musieli przy okazji dbać o fasadę owej idealnej demokracji. W sumie dosyć opłacalny proceder, biorąc pod uwagę, jak wielu ludzi wierzy w tą swoistą “dyktaturę większości”. Skoro zatem większość bezwzględna podbiła demokrację, nie mamy się czemu dziwić, że mając przed sobą perspektywę czterech lat nieskrępowanych rządów, partia zwycięska odrzuciła kotarę propagandową i ujawniła oblicze “idealnego ustroju”. I tak doszliśmy metodą ewolucji do dyktatury. Poszłoby nam pewnie znacznie szybciej gdybyśmy odrzucili “nowomowę” i mówili jak jest, ale to już temat na osobną publikację.

Warto jeszcze zwrócić uwagę Panu/Pani? Grodzkiej (bo nigdy nie wiem), lamentującej/ego w Trójce swego czasu, iż demokracja nie może oznaczać dyktatury większości nad mniejszością, że głosząc takie tezy nie powinno się przesadzać. Bowiem jest się niebezpiecznie blisko (z punktu widzenia ustrojowego) przekroczenia owej granicy z ciemną stroną mocy, której atrybutem jest antypoprawność polityczna.

Jacek Janas